Skarby II Rzeszy

Wyświetlono posty wyszukane dla zapytania: Skarby II Rzeszy





Temat: List otwarty Anny Stokłosy do Lecha Kaczyńskiego
List otwarty Anny Stokłosy do Lecha Kaczyńskiego
"Szanowny Panie Prezydencie!

Od wielu dni słyszę zastrzeżenia Pana Prezydenta w stosunku do prof.
dr Zbigniewa Ćwiąkalskiego, który był obrońcą mojego męża, Henryka
Stokłosy. Z Pańskich wypowiedzi na ten temat wnioskuję, że Pan
Profesor popełnił grzech śmiertelny, ponieważ podjął się obrony
Henryka Stokłosy, czyli według Pana kogo?! Notorycznego przestępcy?
Wielokrotnego mordercy? Czy może człowieka, którego Pan
zakwalifikował do jakiejś niższej, nieznanej mi kasty? Dzisiaj
publicznie wyraża Pan swoją dezaprobatę wobec naszego obrońcy, a
jutro może będzie Pan miał zastrzeżenia do naszego lekarza,
piekarza, a może nawet grabarza? Informuję Pana, że to ja, jako
pełnomocnik męża, zdecydowałam o wyborze obrońcy – mąż w żaden
sposób nie miał na to wpływu.

Trzeba, Panie Prezydencie, dużo złej woli, aby od wielu lat, a czyni
to państwo polskie i Pan osobiście, zwalczać ludzi, którzy stworzyli
czysto polski zakład i dali zatrudnienie kilkunastotysięcznej rzeszy
Polaków. Pańskie uprzedzenia polityczne i fobie nie upoważniają Pana
do ingerencji w nasze życie prywatne i zawodowe.

Nie po to, Panie Prezydencie, mój dziadek zginął w wieku 44 lat
bestialsko zamordowany przez Niemców za udzielenie pomocy
partyzantom. Nie po to mój ojciec jako członek AK przesiedział w
trzech obozach koncentracyjnych, a jego brat jako pilot dywizjonu
301 zginął nad Anglią. Nie po to oni przelewali krew i cierpieli za
Polskę, aby dziś Pan, Prezydent Rzeczypospolitej prześladował ich
potomków – mnie i moją rodzinę.

Pomimo wielu niesprawiedliwości i szykan ze strony państwa, którego
jest Pan głową, czuję się pełnoprawną obywatelką Rzeczypospolitej i
mam nadzieję, że przestrzegając konstytucji, zaprzestanie Pan
dyskryminacji swoich obywateli w osobach Anny i Henryka Stokłosów
oraz innych ludzi w jakikolwiek sposób z nimi związanych.

Z wyrazami szacunku

Anna Stokłosa
"

Ewidentna obrona Ćwiąkalskiego jak to pani Stokłowa
powiedziała "naszego obrońcy".

Ewidentnie wydymał Stokłosa Skarb Państwa, ale mimo to uważa się za
niewinnego jakoby dymał bo on mógł.





Temat: Pytanie pozornie latwe,ale sprobujcie odpowiedziec
Gość portalu: van deer napisał(a):

> (...) u progu wojny pomimo dobrego uzbrojenia (Ceska Zbrojovka) dali sie jak
> baranki na rzez zaprowadzic,

Ot i cały tzw. "polski charakter narodowy"...
Między Polakami a Czechami (choć jedni i drudzy to Słowianie) jest dość duża
różnica mentalności. Stereotypy, które narosły wokół tego są wciąż aktualne, o
czym świadczy wypowiedź van Deera. Dla Polaka najważniejsze cechy to:
- patriotyzm (właściwie nie patriotyzm, lecz kryjący się pod patriotycznym
płaszczykiem nacjonalizm)
- honor (również pojmowany w sposób inny niż na świecie: dla Polaka nie jest
dyshonorem bezpodstawne zwyzywanie innych od zdrajców, jazda "na gapę" etc.
które to czynności dla innych nacji są CONAJMNIEJ zawstydzające)
- religia (kolejny przykład wybiórczego traktowania swych idei; "jesteśmy
katolikami, ale niekoniecznie musimy stosować się do nauki Kościoła" - słychać
w niemal każdej wypowiedzi; najbardziej kuriozalne, czy wręcz ośmieszające
swych autorów, odpowiedzi padają gdy KATOLICKIM zwolennikom kary śmierci
przypomina się o nauce JP2).
Dla Czecha o wiele ważniejszy jest:
- pragmatyzm.
Dlatego też Polacy nie potrafią zrozumieć Czechów, dlaczego wiosną 1939 r. nie
wystąpili przeciwko Niemcom. Kapitulację uważają za zdradę czeskiej ojczyzny, a
wizytę czeskiego prezydenta w Kancelarii Rzeszy (gdzie przez kilka godzin
oczekiwał na przyjęcie przez Hitlera) za coś niezmiernie hańbiącego. Dla
Polaków nie jest ważne, że Praga przetrwała zawieruchę wojenną nietknięta, że
jej zabytki zapierają dech w piersiach, że niektórzy uważają, że jest
piękniejsza od Paryża (wypowiedź rodowitych Belgów). Polacy z dumą podkreślają,
że w 1945 r. Warszawa była najbardziej zniszczonym miastem świata. Mało tego!
Nigdy nie spotkałem się z JEDNOZNACZNIE POZYTYWNĄ oceną tego, że Kraków
przetrwał okres okupacji nazistowskiej, a potem stalinowskiej, nietknięty.
Polacy roztrząsają latami (czy raczej wiekami) swoje krzywdy, dlatego "cudowne
ocalenie" zabytków Krakowa nie całkiem jest po ich myśli. Czesi natomiast
pojmują "intes narodowy" całkowicie odmiennie - dla nich ważniejsze niż
przelana NA POKAZ krew, jest przekazanie skarbów swojej kultury następnym
pokoleniom.

Wydaje się, że Ślązacy, pod względem charakteru narodowego, są zdecydowanie
bliźsi Czechom niż Polakom. Uciskani przez inne nacje nie buntowali się, nie
wywoływali powstań. Stąd bierze się niezrozumienie śląskiej tożsamości przez
Polaków: "jak to? nie możecie być innym narodem gdyż gdybyście nim byli już
dawno podnieślibyście rękę przeciwko nam, Polakom!".






Temat: NA PROBOSTWIE W WYSZKOWIE
NA PROBOSTWIE W WYSZKOWIE

NA PROBOSTWIE W WYSZKOWIE

monika.univ.gda.pl/~literat/zeromski/probost.htm

Któż to byli ci trzej goście, którzy w tych izbach mienili się rządem
polskim? Czy ich lud polski wybrał, czy ich ktokolwiek na tej ziemi mianował?
Lud polski, czy naród polski, tak rozumiany, jak to jest w ich zwyczaju, nie
naznaczał żadnego z nich na godność, którą sobie wybrali. Naznaczeni zostali
przez kogoś z wyższa, w obcym kraju, w swym zespole, w swej partii. Jako
takich można by ich nazwać tylko komisarzami w znaczeniu, jakiego ten wyraz
nabrał w opinii ludowej polskiej podczas długoletniej działalności
komisarzy "po krestjańskim diełam", za poprzedniej inwazji carów moskiewskich
na ziemię polską. I tamci stawali przecie w obronie ludu polskiego wobec
ucisku szlachty. Tamci także opierali pomoc swoją dla chłopów polskich na
nieprzeliczonej ilości bagnetów. Jedna tylko różnica: tamci komisarze nie
byli z naszego rodu. Krew polska nie płynęła w ich żyłach. Ci rodacy dla
poparcia swej władzy przyprowadzili na nasze pola, na nasze nędzne
miasteczka, na dwory i chałupy posiedzicieli, na miasta przywalone brudem i
zdruzgotane tyloletnią wojną - obcą armię, masę, złożoną z ludzi ciemnych,
zgłodniałych, żądnych obłowienia się i so1dackiej rozpusty. W pierwszym dniu
wolności, kiedyśmy po tak strasznie długiej niewoli ledwie głowy podnieśli,
całą Moskwę na nas zwalili. Na ich sumieniu leżą zgwałcenia przez dzicz
sołdacką naszych dziewcząt i kobiet. Na ich sumieniu leży zniweczenie nie
zasobów i skarbów materialnych, bo te mają wartość względną i mogą być
powetowane, lecz zniszczenie zabytków przeszłości, unikatów, pamiątek po
pradziadach, ojcach, dzieciach, potłuczenie kulami witraży i dzieł sztuki,
bezmiernym trudem artystów wykonanych w kamieniu, drzewie, metalu, malowideł
i tworów ludzkiego marzenia, utrwalonych w opornym materiale, które rzesza
ciemna z moskiewskich rozłogów tutaj przygnana zdruzgotała, rozkradła,
uszkodziła i uniosła, a które już nigdy ludzkich oczu cieszyć nie będą. Są
bowiem przedmioty nie zbytku, lecz czystego artyzmu, które maj ą wartość
wyższą, niż wszystko, które winny być niedotykalne, niedostępne, ponieważ
mówią do nas z wieczności o wieczności, zamkniętej w nas samych. Za
zniszczenie tych przedmiotów ci komisarze są odpowiedzialni. Oni to te
wszystkie pisma, druki, zabytki i rzeczy sztuki podali do rąk nic nie
wiedzącego motłochu.




Temat: Liniowy? Nie takie straty straszne
Gość portalu: gościu napisał(a):

> ludzie o czym Wy mówicie??!!
> ponad 90% jest w pierwszej grupie podatkowej i płaci
> 19%,pozostali to w większości pracownicy wynagradzani przez
> skarb państwa w ich przypadku wystarczy zmiejszyć płace tak żeby
> dostali tyle samo, jak to się mówi,"na ręke". Jak widać cały
> parat skarbowy, sejm, i kto tam jeszcze.. prowadzi jałową
> działalność zajmując się dochodami 2-3% podatników którzy są
> bogaci i napewno sobie poradzą.
> Ta cała dyskusja to zasłona dymna. Ciekawe tylko co osłania?

Tyle, że ta większość płacących 19% to w dużej mierze ci, którzy powinni wg
systemu progresywnego 40% ale korzystają z rozlicznych ulg i zwolnień,
rozliczają się z żonami itd. Nie chodzi zatem o 3-4% tylko dużo, dużo więcej.
Trzeba także dodać tych którzy dzić wcale nie płacą i ja im się nie dziwię, bo
skoro państwo niczego im nie daje (takie są realia) to za co mają płacić? Jeśli
podatek będzie niższy - z pewnością wielu z nich podatki zacznie płacić.
Do tego dodaj rzesze niepotrzebnych urzędników, którzy oblczają , kontrolują
PITy - to jest kilka tysięcy zbędnych stanowisk administracji państwowej.
Wproadzając liniowy podatek (a także liwidując całkowicie np. podatek od rent i
emerytur, którego pobieranie kosztuje więcej niż wpływ z niego, a także stanowi
kuriozalny przykład opodatkowywania pieniędzy już opodatkowanych) - uproszczamy
system podatkowy obniżając jego koszty o więcej niż połowę!
To jest gra warta swieczki - do tego dochodzi kwota wolna od podatku.
Poza tym nie rozumiem co ma za znaczenie czy to dotyczy 5 czy 50% procent
społeczeństwa? Tylko ludzie bogaci mogą tworzyć nowe miejsca pracy i zwiększyć
konsumpcję - biednych czy bezdomnych to nie dotyczy, a my dzisiaj mamy 20%
bezrobocie, więc by zyskać dodatkowych 100-200 tys. miejsc pracy chyba warto?



Temat: Mocne uderzenie Powiernictwa Pruskiego
tytul wykonawczy
bartoszcze napisał:

> W niektórych księgach wieczystych (nie używaj dla okreslenia księgi słowa
> hipoteka, to jakiś żargon prasko-rosyjski) w województwie śląskim jako
> właściciele wpisani są np. dygnitarze III Rzeszy, którzy własnosć utracili na
> skutek ustawy o przejęciu majątków opuszczonych i poniemieckich.

W Polsce centralnej sa na ogol dwie ksiegi wieczyste: przed i po reformie
rolnej. Tej sprzed reformy rolnej mozna uzyc przed sadem kwestionujac
upanstwowienie. Ewentualny balagan w ksiegach wieczystych na ziemiach
poniemieckich obciaza jedynie panstwo polskie i bedzie zdrowo kosztowalo
podatnikow.

> W innych
> księgach wpisany jest Skarb Państwa, chociaz własność od 15 lat przysługuje
> takiej czy innej gminie.

O ile zauwazylem to dyskutujemy o przypaku gdy do ksiegi wieczystej jest
wpisany obywatel PRL, ktory zmienil obywatelstwo na niemieckie. Jak domniemam
panstwo polskie nie ma umowy sprzedazy przez poznego przesiedlenca. Nie ma tez
dokumentu o sadowej karze dodatkowej pozbawienia majatku. Natomiast decyzje
administracyjna o konfiskacie majatku mozna sobie w kazdym panstwie prawa
wsadzic gdziekolwiek. Jezeli panstwo polskie "sprzedawalo" majatek za
obywatelstwo niemieckie to jest to czyste oszustwo. Panstwo polskie nie bylo
wlascicielem obywatelstwa niemieckiego. Nie moglo wiec nim zaplacic. Panstwo
polskie nie zaplacilo wiec transakcja jest niewazna. O wynik procesu jestem
pewien.

> W polskim prawie treść księgi wieczystej nie zawsze rozstrzyga o własności

Jest to powszechnie uwazane za karygodne. Szczegolnie gdy chodzi o skryte
roszczenia urzedow skarbowych.

> natomiast daje uczciwemu nabywcy gwarancję, że jeżeli w dobrej wierze kupi od
> tego, kto jest w księdze wpisany, to stanie się właścicielem bez względu na
to
> kto fakycznie jest właścicielem.

Wpisany wlasciciel moze dostac od sadu tytul wykonawczy egzekucji swych praw z
majatku.

> Patriotyzm nie ma tu nic do rzeczy.

Patrioci moga naskoczyc wlascicielowi z tytulem wykonawczym.




Temat: Sejmowa komisja finansów skończyła prace nad us...
Gość portalu: f napisał(a):

> Ja tez tak mysle. Tylko dlaczego to tak latwo przechodzi? Nie ma
> zadnej zadymy. Tylko my sobie wypisujemy komentarze w portalu.
> Jak to jest mozliwe, ze wszystkim chce sie rzygac, a te glupki w
> Sejmie i tak robia swoje? Oni sie w ogole tym nie przejmuja, co
> my uwazamy. A moze ludzie w Polsce chca skladac deklaracje
> majatkowe i odczuwaja potrzebe, zeby sie wyspowiadac przed US?

Rzygać to się chce przede wszystkim użytkownikom internetu, którzy w Polsce
zaliczają się z reguły, choć nie zawsze, do ludzi wykształconych, lepiej
zarabiających, bardziej świadomych, a przez to otwartych na świat,
tolerancyjnych i liberalnych (nie mam tu na myśli całej rzeszy małolatów
wypisujących w sieci brednie). A to jest wręcz promil polskiego społeczeństwa.
Cała reszta wciąż żyje w ciemnocie i otepieniu wywołanym oparami komuny.

Jeżeli mnie pytasz, czy ludzie w Polsce chcą się spowiadać przed US, to
odpowiadam: TAK!!! Chcą, bo:

- dawno zatracili poczucie obywatelskiej godności,

- nie mają za grosz honoru,

- wydaje im się, że tego typu rozwiązania polepszą ich byt, dlatego, że wszyscy
złodzieje pójdą z torbami, a to, co państwo wyszarpie tym złodziejom z gardła
natychmiast pójdzie na zasiłki, renty i emerytury,

- nieważne, że ja nie mam, ważne, ŻE TY MASZ!!!, a to już niedobrze, jak ci
zabiorę i obaj będziemy siedzieć po uszy w gównie, to już mnie nie będzie tak
bolało,

- są totalnie otumanieni przez rządzących (i to nie tylko obecnych, ale prawie
wszystkich od 1989 roku), że interes państwa jest ważniejszy od interesu
społecznego (przecież zawsze najważniejszy jest budżet i skarb państwa,
cokolwiek to oznacza w interpretacji naszych elit), wreszcie że to nie państwo
istnieje dla nas, tylko my dla państwa!!!

Taka filozofia państwa hańbi nas jako naród i pokazuje, że wciąż większość
Polaków ma mentalność niewolników skazanych na łaskę władz.

Pozdr



Temat: 13-latka urodziła dziecko
Jeszcze
Dzieciaki mają 'przerąbane'.
Obejrzałyście ostatni program Drzyzgi?
Nie, bo plotki, szmira, grzebanie w cudzym życiu, czy tak?
Za to kretyńskie seriale - to samo życie.
Czy tak?
Właśnie Drzyzga rozmawiała z takimi młodziutkimi mamami i ich
niewiele starszymi matkami. Jedna ma zaledwie 28 lat i już jest
babcią! Trzeba było posłuchać tych kobiet...
One dobrze odczuły karę Natury za brak wiedzy n/t "niebezpiecznych
zabawek".
I nie nad karaniem już ukaranych należy dyskutować, ale nad
sposobem "oświecania" niedoinformowanych.
Za skarby swiata nie uwierzę, że ukaranie obojga młodocianych bedzie
ostrzeżeniem dla całej rzeszy nastepnych, którym hormony już grają.
W życiu!! Wtedy się nie mysli, tylko jak ćma do ognia....
Coś mi się wydaje, że "zapomniał wół, jak cilęciem był."
Przykro mi, ze aż tak wyskoczyłam, lecz nie mogę spokojnie słuchać
ani czytać takich sądów. Przeszło 30 lat pracowałam z młodzieżą,
rozmawialiśmy o wszystkim: problemach z rodzicami, z nauczycielami,
o dziewczynach, chłopaku, pierwszym pocalunku, i o pedofilach i
innych "odchylonych od normy", którzy zaczepiali młodocianego w
autobusie, na ulicy, w parku...
I wszystko szło ku lepszemu, dopóki Kościół się nie włączył ze swoją
świtą dewot wołających o pomstę do nieba za "TAKIE" rozmowy.
Jednak rodzice byli zadowoleni, że ktoś chce ich wyręczyć. Wielu
cierpiało z powodu zahamowań nie pozwalających rozmawiać o "TYM" z
własnym dzieckiem. "Z cudzym - mogę. Z własnym nie potrafię" -
przyznawali.
Eh, kończę, bo to i tak jest tylko głosem na pustyni.
Katolicki ksiądz wie lepiej.



Temat: Sylwester w Zakopanem
Sylwester w Zakopanem
Zakopane - zimowa stolica Polski,
położona w samym centrum Tatr, od przeszło wieku przyciąga zimą rzesze
turystów. Sylwester w Zakopanem
corocznie cieszy się olbrzymią popularnością. Nic dziwnego. Oferta jest bardzo
zróżnicowana. Sylwester w Zakopanem, to może być zarówno luksusowy hotel na
Krupówkach, albo wygodny ośrodek wypoczynkowy,
jak i jeden z licznych, przytulnych pensjonatów, albo kwatera prywatna czy
wynajęty przez grupę przyjaciół domek góralski.Można więc zorganizować
sylwester w Zakopanem indywidualnie, można także skorzystać z jednej z wielu
przygotowanych na tę okazję ofert. Sylwester w Zakopanem ma już swoje własne,
utrwalone zwyczaje i tradycje. Organizatorzy przygotowali dla swych gości
liczne atrakcje. Możecie pojechać na kulig z rozgrzewającym grzańcem <a
href="www.sylwesteroferty.pl/sylwestrowe_2007_2008/
sylwester_w_gorach_oferty_gory.html">w górach</a>
, wziąć udział w ognisku z bigosem hultajskim podawanym z kotła, albo bawić
się na zbójnickiej dyskotece. Możecie wspinać się po ukryte skarby albo pędzić
przez nocne wąwozy i lasy saniami, w blasku płonących pochodni. Sylwester w
Zakopanem to także możliwość uczestniczenia w jednym z organizowanych bali i
zabaw, albo uczestnictwo w tłumnej zabawie dla wszystkich na Krupówkach lub
zboczu Gubałówki. Sylwester w Zakopanem jest dostępny również dla tych, którzy
spędzają zimowy urlop w okolicznych
miejscowościach. Murzasichle, Rabka, Poronin, Białka czy Bukowina Tatrzańska
proponują turystom spędzenie sylwestrowej nocy w Zakopanem, organizując
dojazdy i rezerwując miejsca w restauracjach. Można więc zimowy urlop spędzać
w ciszy i bliskości przyrody, ale sylwester - w Zakopanem! Oferty cenowe
takich wyjazdów są na tyle zróżnicowane, że każdy znajdzie coś dla siebie.




Temat: 2 (proste) pytania w temacie wypedzen
Najapierw jedna prosta odpowiedź dotycząca Alzacji.
1. Tylko 2 300 Alzatczyków zgłosiło sie na ochotnika do Wehrmachtu i jedynie
14000 zadeklarowało narodowość niemiecką wpisało się na Volkslistę. Potem
przymusowo wcielono ok. 130 tys., spośród których 40 tys. stracilo zycie.
zob. stenogram
CASE No. 13 Trial of ROBERT WAGNER,
Gauleiter and Head of the Civil Government of
Alsace during the Occupation, and six others
PERMANENT MILITARY TRIBUNAL AT STRASBOURG, 23RD APRIL TO 3RD MAY, 1946, AND
COURT OF APPEAL, 24TH JULY, 1946

www.ess.uwe.ac.uk/WCC/wagner1.htm#(i)%20Position%20and%20Powers%20of%20the%20Accused
W Alzacji hitlerowcy założyli obóz koncentracyjny, w którym zgładzono (równiez
w komorach gazowych) członków ruchu oporu oraz katowano tych, którzy odmawiali
podporządkowania się zarządzeniom. W akcie oskarżenia przeczytasz też o
wypędzeniach 100 tys. Francuzów z Alzacji przeprowadzanych w brutalny sposób
(mogli wziąć jedną walizkę i 2000 franków) i o 50 tys. Żydów zostało
deportowanych do obozów zagłady. Wagner bronił się, że otrzymał rozkaz od
Hitlera, żeby wypędzić kilkaset tysięcy Alzatczyków, a zrealizował go tylko
częściowo.
Utworzono specjalne obozy koncentracyjne dla Alzatczyków w Breslau i Ulm, dokąd
deportowano rodziny tych, którzy nie zgłosili się do służby wojskowej lub pracy
przymusowej. Własność deportowanych ulegała konfiskacie, wpływy ze sprzedaży
zasilały skarb III Rzeszy.
Wagner i jego 5 najbliższych współpracowników zostali skazani na karę śmierci.
Możesz napisać dlaczego porównujesz Alzatczyków (w większości nie
identyfikujących się z Niemcami) z niemieckimi Górnoślązakami (Oberschlesier),
a nie ze Ślązakami (Schlonsacken), którzy nie zostali wysiedleni?




Temat: Huta Częstochowa dla Mittal Steel
Huta Częstochowa dla Mittal Steel

Jak jest to możliwe że właściciel- czyli Skarb Państwa, a pośrednio SILESIA
dopuszczają do udziału w przetargu firmę/firmy :Mittal-vel Ispad vel LNM,
które to w świetle reflektorów kupiły na zgubę polskiego hutnictwa
HPS.Przecież w/w firmy nie wywiązały sie z podjętych zobowiazań. Przepraszam-
poza jednym. Redukcja zatrudnienia załogi. O tym wszystkim informował z
trybuny sejmowej nieliczną niestety rzeszy posłów, a za pośrednictwem TVP całe
społeczeństwo Pan minister Soroka, odpowiadając na interpelacje poselskie w m-
cu bodaj grudniu vb. roku. Pewnie za ujawnienie niekorzystej prawdy został
zdymisjonowany 2-tygodnie temu.. Pytania -dlaczego można-by mnożyc w
nieskończoność. Ale pewnie nie będzie nań rzetelnej odpoweiedzi. Z
zainteresowaniem będziemy śledzić wysiłki negocjacyjne tuzów zwiazkowych- p.p.
Gwiazdy i Wójcika. Nie wróże im sukcesów.Wszak w poprzednio wynegocjonowanym
już pakiecie zalatwili dla siebie stanowiska w Radach Nadzorczych i samochody
dla swoich związków / ale chyba do umycia/, A co na takie dictum jaśnie nam
pamujący w Cz-wie prezydent Pan Wrona.Czy skansen-przepraszam Maszynowy Park
Jurajski jest w stanie zabezpieczyć miejscva pracy dla zwolnionych przez nowego
zarządcę pracowników Huty i spółek hutniczch. Obawiam się że nie. Co wtedy
zrobi-wymyśli pan prezydent Wrona, bo kiedy nie będzie co do garnka włożyć i
będzie dużo czsu wolnego -to złość hutników będzie bezwzględna i pan prezydent
może nie zdążyc wyfrunąć- odlecieć ze swojego ciepłego stanowiska na podobnie
ciepłe inne. Wtedy nawet nie pomoże Jasna Góra i zaprzyjażnieni Paulini. A
może warto porozumieć się ze zdradzonymi i zdesperowamymi związkowcami dawnych
HK, H. Sędzimira i innych oszukanych z PHS i połączyć wysiłki aby przeciąć
wreszcie nabrzmialego wrzoda w Polskim Hutnictwie,którego posiał baron slaski
imć SZRAWARSKI, który liczy teraz kase i smieje się w kułak z
duraków.Poczekamy i zobaczymy co będzie się dalej działo z prywatyzacja
hutnictwa. Panowie posłowie Giertych, Ziobro,Leper już mają wniosek o
powołanie kolejnej Komisji Sledczej tym razem w sprawie prywatyzacji hut, a
przewodniczącym na być poseł Leper.Powodzenia. Ktoś kiedyś ponoć nie głupi
powiedział " psy szczekają a karawana idie dalej ". Ale karawana dochodzi
jednak do celu. Liczymy że i my ten cel osiągniemy dla dobra naszego polskiego
hutnictwa i hutników z Cz-wy,



Temat: Nie oddadzą jednej trzeciej Katowic spółce Gies...
co do tej legalności nacjonalizacji i reformy rolnej z 1945 to toczy się
dyskusja. obie te reformy zostały wprowadzone jako dekret PKWN a nie ustawy
sejmowe, co według niektórych stanowi o ich ułomności. wielokrotnie podejmowane
były próby stwierdzenia zapisów tych dekretów za niezgodne z obowiązującą w
1945r konstytucją. niestety sprawy takie mogły wpłynąć do polskiego sądu dopiero
po 1989r a oba dekrety zostały uchylone w 1985 :D cwane!
co do reformy rolnej to sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana, bowiem
dekret jest tak sformułowany, ze reforma zadziała się (skonsumowała) w dniu
wejścia w życie, jednorazowo. majątki ziemskie były przejmowane nie w drodze
decyzji administracyjnej - tak jak przedsiębiorstwa, ale na podstawie
zaświadczenia wydanego przez wójta! sama znam kilka przypadków kiedy wójt wydał
zaświadczenie o przejęciu w ramach RR dla majątków nie spełniających wymogów
komunistycznego dekretu.
interesujące są też przesłanki jakimi kierował się PKWN wprowadzając obie te
reformy - polecam lekturę dekretów. dzięki tym dokumentom mieliśmy przez te 50
lat PRL zacofane rolnictwo i podupadające zakłady przemysłowe. Nacjonalizacja
fabryk to drugie wielkie złodziejstwo - często przejmowano nie przedsiębiorstwo
- bo ono już nie istniało (zlikwidowali je niemcy lub przestało dziłać przed
wojną) tylko nieruchomość. często ta nieruchomość należała do innych osób niż
właściciele przedsiębiorstwa (tak jak dzisiaj różne firmy działały w wynajętych
budynkach, czasem na wynajętych maszynach).
a odszkodowania za znacjonalizowany majątek to czysta fikcja - ja jeszcze nie
spotkałam sytuacji wypłaty odszkodowania (z tamtego okresu czasu) za
nacjonalizowane fabryki czy majątki ziemskie. do końca lat '60 za wywłaszczane
majątki przedwojenne także nie były wypłacane odszkodowania.
Skarb Państwa przejął po wojnie olbrzymi majatek nieruchomy. część z tych
nieruchomości była zniszczona przez działania wojenne, ale tylko część. przecież
nawet podczas wojny ludzie gdzieś mieszkali, fabryki pracowały (na rzecz Rzeszy
Niemieckiej) majatki rolne były uprawiane, bo niemieckich żołnierzy trzeba było
na froncie karmić. Po wojnie ten zadbany przez niemców mająte też przejął polski
SP i w ciągu 50 lat zniszczył popatrzcie na starówki polskich miast (przed
rewitalizacją ;)) SP na początku funkcjonowania zebrał gigantyczny majątek i go
przejadł! Wypędzeni m.in. z Polski niemcy i zydzi, ograbieni z majątków które
pozostały w Polsce zbudowali swoje gospodarki od podstaw ta, że my możemy im
dzisiaj zazdrościć. złodziejstwo się nie opłaca




Temat: Barbarzyńcy w galerii.
Barbarzyńcy w galerii.
www.nowe-panstwo.pl/12_2002_miesiecznik/12_2002_dossier.htm
W dyskusji o zwrocie zagrabionych dzieł sztuki, którą od pewnego czasu żyje
Europa, nikt nie przelicytuje Polaków. W latach 1939-45 straciliśmy prawie
połowę obiektów, które były w naszym posiadaniu przed wybuchem II wojny
światowej. Są wśród nich obrazy Rafaela, Breughla, van Dycka i Velázqueza.
Jednak katalogu zrabowanych dzieł sztuki nie mamy. I nigdy nie dowiemy się,
co tak naprawdę straciliśmy.

Plany Niemców były zresztą bardziej dalekosiężne. Na gwiazdkę 1939 roku
gubernator Hans Frank wydał zarządzenie zabraniające Polakom posiadania dzieł
sztuki. Stanowiło to nie tylko usankcjonowanie grabieży, która zaczęła się z
chwilą, gdy pierwszy hitlerowski żołnierz przekroczył granice
Rzeczypospolitej, ale i zapowiedź na przyszłość. Pech chciał, że niemal
wszyscy bonzowie III Rzeszy (od Hermanna Göringa do Joachima von Ribbentropa)
uważali się za koneserów sztuki, a zwłaszcza malarstwa. Przykład dał sam
führer, który planował wzniesienie w rodzinnym Linzu olbrzymiego muzeum, do
którego eksponaty miały dostarczyć podbite narody. Apetyt na polskie obrazy
zdradzali również pomniejsi kacykowie na czele z rezydującym na Wawelu Hansem
Frankiem oraz muzealnicy z Wrocławia, uzasadniając to "widocznymi w nich
wpływami śląskimi". Po 1941 roku, gdy macki hitlerowców dosięgły również
Kresów Wschodnich, specjalne jednostki SS przeczesywały klasztory, dwory i
mieszkania prywatne w poszukiwaniu dzieł z kręgu kultury niemieckiej. Resztę
uznano za "kulturkitsch" i magazynowano z myślą o urządzeniu w przyszłości
muzeów ras gorszych niż aryjska.

W sumie Niemcy zrabowali w Polsce ponad 52 tysiące dzieł sztuki (więcej niż w
Rosji, która ocenia swoje straty na 40 tysięcy - w całej Europie 600
tysięcy). Jan Pruszyński, specjalista w dziedzinie prawnej ochrony
dziedzictwa kulturalnego, szacuje nasze straty w kulturze na 30 miliardów
dolarów. W ramach powojennych rewindykacji udało się odzyskać Damę z
gronostajem Leonarda da Vinci i krakowski ołtarz Wita Stwosza. Na
fali "odwilży" po śmierci Stalina z Kanady powróciły skarby wawelskie i
słynna Biblia Gutenberga z Pelplina. Obrazu Rafaela Portret młodzieńca nie
udało się odnaleźć. W Muzeum Czartoryskich w Krakowie wciąż czekają na niego
puste ramy.




Temat: Kalendarium
Co to było - Rewolucja październikowa?
pl.wikipedia.org/wiki/Rewolucja_pa%C5%BAdziernikowa
Rewolucja październikowa – przejęcie przez partię bolszewików władzy
w Rosji rozpoczęte w Sankt Petersburgu w nocy z 7 na 8 listopada
1917 roku (według obowiązującego wtedy w Rosji kalendarza
juliańskiego był to 25 i 26 października – stąd nazwa).
W dniu 7 listopada (25 października wg kalendarza rosyjskiego) 1917
r. wybuchła w Rosji druga rewolucja. Po szturmie i opanowaniu Pałacu
Zimowego w Piotrogrodzie, będącego siedzibą rządu Aleksandra
Kiereńskiego, władzę w kraju przejął Ogólnorosyjski Zjazd Delegatów
Robotniczych i Żołnierskich, który proklamował utworzenie Republiki
Radzieckiej. Zjazd powołał nowy rząd Radę Komisarzy Ludowych pod
kierownictwem Włodzimierza Lenina, przewodniczącego partii
bolszewickiej. Już w pierwszych dniach swego istnienia rząd
radziecki ogłosił deklarację o pokoju i prawie narodów w Rosji do
samostanowienia. Nastąpiło zawieszenie broni z Niemcami i rozpoczęły
się rokowania pokojowe w Brześciu, a 15 grudnia zawarty został
rozejm w działaniach wojennych.
Przyczyny
Trwająca od trzech lat I wojna światowa, porażki armii rosyjskiej i
pogarszająca się sytuacja gospodarcza spowodowała ogólne
zniechęcenie i upadek caratu. Rewolucja lutowa 8-15 marca 1917 nie
uspokoiła sytuacji, ponieważ rząd tymczasowy, kierowany początkowo
przez konstytucyjnego demokratę księcia Lwowa, a od 21 lipca przez
socjalistę-rewolucjonistę Aleksandra Kiereńskiego nie zdecydował się
na wystąpienie z Ententy i jednostronne zakończenie wojny. Przyjęte
decyzje: zniesienie cenzury, zniesienie kary śmierci, rozwiązanie
policji politycznej (ochrany) nie uspokoiło sytuacji, a ułatwiło
działanie konspiratorom. Władzę w miastach w coraz większym stopniu
kontrolowały "rady delegatów robotniczych", a na froncie – "rady
delegatów żołnierskich" (kontrolowane przez partie socjalistyczne:
mienszewików i bolszewików). Powrót z emigracji Lenina 16 kwietnia
oraz przyłączenie się niezależnych socjalistów pod wodzą Trockiego
ożywiło akcję bolszewików, którzy (w przeciwieństwie do
mienszewików) występowali za natychmiastowym przerwaniem działań
wojennych. Propaganda i działalność bolszewików, w tym m.in. podróż
Lenina i innych przyszłych przywódców bolszewickich ze Szwajcarii do
Rosji w kwietniu 1917, w słynnym tzw. "zaplombowanym wagonie", była
zresztą z tego powodu w znacznej mierze finansowana przez sztab
niemieckiej armii i skarb Rzeszy niemieckiej. Wywiad niemiecki już w
1915 za zgodą cesarza Wilhelma II, wdrożył tajny
program "rewolucjonizacji i insurekcjonizacji" - jego praktyczną
realizacją zajmował się wydział III b niemieckiego Sztabu
Generalnego. Celem programu było, poprzez aktywne wspieranie
działalności bolszewików wymierzonej w carat, wewnętrzne osłabienie
Imperium Rosyjskiego i jego armii, a po zwycięskiej rewolucji
wyeliminowanie Rosji z wojny, co ułatwić miało zwycięstwo Niemiec na
froncie zachodnim. Z kolei przemysł niemiecki miał uzyskać dostęp do
bogactw naturalnych Rosji i jej zasobów gospodarczych. Narastanie
nastrojów antywojennych i antyrządowych przesądziło sprawę i 23
października Komitet Centralny bolszewików zadecydował o powstaniu.




Temat: Pociag ze skarbami gauleitera Kocha - Petersdorf
Zdążyć przed Niemcem

Gutek prowadzi do Dzidka, mieszkającego obok sobieszowskiego pałacu. Dzidek
chwieje się i opowiada o skarbach. - W murach skarpy, na której ten zamek stoi,
są zamurowane dwa garaże - mówi. - Wiem o tym od Niemca, któremu naprawiałem
samochód. Są w tych garażach mercedesy i skarby... I pyta: - Masz na piwo? Bo
suszy. Według relacji okolicznych mieszkańców - skarby ukryte są też w willi
generała niemieckiego i w kilku innych miejscach. Według Podsibirskiego dwa
wagony zakopane są pod kasztanowcem przed dworcem w Szklarskiej Porębie. I też
trzeba będzie do nich dotrzeć. Na razie istnieje pilna potrzeba odkopania
skarbów piechowickich. Bo mówi kiedy Polska wejdzie w struktury Europy, to
skarby przechwycą Niemcy. Trzeba się więc spieszyć. Pisał w tej sprawie do
prezydenta Kwaśniewskiego, przewodniczącego Krzaklewskiego, premiera
Cimoszewicza . Próbował Podsibirski kopać sam w oparciu o badania naukowców z
Krakowa. Zrezygnował, gdyż nie na trafił na tunel. A może mnie wprowadzono
umyślnie w błąd? - zastanawia się. Andrzej, mieszkający najbliżej domniemanego
tunelu, którego ojciec w czasie wojny był strażnikiem w fabryce, twierdzi, że
wszyscy kopią w złych miejscach. On wie, gdzie są skarby ukryte, bo ojciec
przed śmiercią zdradził mu tajemnicę. Najgorsze, że są tam potężne ładunki
dynamitu. Źle trafisz, to Piechowice i Sobieszów wyleci w powietrze
przepowiada. Kopta więc, chłopy - zwraca się do Podsibirskiego , ale ostrożnie,
by szyby i moja chałupa zostały.

Adam Lewandowski Gazeta Pomorska 24/11/1997

Co kryje góra Sobiesz

Za kilkanaście dni zostaną otwarte podziemne labirynty pod górą Sobiesz w
Piechowicach, gdzie pod koniec 1944 roku Niemcy ukryli zrabowane w czasie wojny
skarby - dowiedziało się "Życie Warszawy". Przeprowadzane w ubiegłym tygodniu
wiercenia potwierdziły istnienie w górze Sobiesz podziemnej fabryki, w której
Niemcy prawdopodobnie zgromadzili skarby - powiedział ZW Władysław Podsibirski,
który od lat ich poszukuje. Z relacji świadków oraz z dokumentów, do jakich
dotarł Podsibirski, wynika, ze w Piechowicach znajduje się nie tylko
poszukiwany od zakończenia wojny tzw. Skarb Wrocławia, ale również cześć
depozytów Centralnego Banku Rzeszy. A według żyjących żołnierzy z obsługi
fabryki, jest tam także bursztynowa komnata. "Skarb Wrocławia" to oddane przez
ludność Dolnego Śląska do depozytu cenne przedmioty, zgodnie z wydanym w 1944
r. zarządzeniem ministerstwa finansów III Rzeszy. Na górze Sobiesz
przeprowadziliśmy badania termowizyjne, radarowe, elektrooporowe i manometrem
protonowym. Końcowym etapem były wiercenia. Teraz wiemy, gdzie i jak możemy
wchodzić do podziemia. Ostateczne wyniki zostały przekazane najwyższym władzom
RP - mówi Podsibirski. Podczas wierceń w miejscach, gdzie według świadków, jak
i wcześniejszych badań, znajdują się wjazdy do fabryki, wydobyliśmy na
powierzchnie obok urobku skalnego także beton. W pewnym momencie wiertło
natrafiło na taki opór, ze grunt, na którym staliśmy, zaczął drgać. Miało się
wrażenie, ze stoimy na stropie. Prawdopodobnie wiertło trafiło na zbrojenie i
nastąpiło zaklinowanie sztangi. Zaczęliśmy wiercić obok, ale znowu strąciliśmy
wiertło. Taka sytuacja powtarzała się kilka razy i jedynie tam, gdzie wcześniej
radar zlokalizował betonowy tunel. W sumie wykonaliśmy kilkadziesiąt wierceń, w
tym 90% trafionych - mówi Podsibirski. Te przeszkody chcą pokonać poszukiwacze,
którzy wierzą, ze pod góra są skarby warte setki miliardów marek. Z dokumentów,
które zostały udostępnione ZW, wynika, ze koło tzw. skałek przy drodze z
Piechowic na Cicheą Dolinę i koło Grzybowca znajdują się dwa wejścia, zamykane
stalowymi bramami. Odchodzące od nich tunele (obecnie zasypane) łączą się w
odległości 40 metrów z poprzecznym korytarzem. Od korytarza odchodzi kilka
odgałęzień. Jedno, biegnące w stronę szczytu, po kilkunastu metrach dociera do
tzw. magazynu. Z olbrzymiej podziemnej pustki wychodzą następne korytarze.
Jeden z nich biegnie w linii prostej do miejsca, gdzie w czasie wojny znajdował
się drewniany budynek, służący za koszary wartowników. Tu znajduje się szyb,
którym można wydostać się na powierzchnie. Następne wejścia zlokalizowano pod
oddaloną około 100 metrów od skałek laką oraz w znajdującym się obok parowie.
Przypomnijmy - Władysław Podsibirski od ponad dwudziestu lat poszukuje ukrytych
w górze Sobiesz w woj. jeleniogórskim zrabowanych w czasie wojny przez Niemców
skarbów. W połowie lat dziewięćdziesiątych rząd RP podpisał z nim umowę na ich
wydobycie, z której rząd się nie wywiązał. Przy okazji podpisania umowy UOP
zabrał Podsibirskiemu całą dokumentacje dotyczącą Piechowic.

Jerzy Szostak Życie Warszawy 21/X/1998




Temat: "ROK OSTATNI - ROK PIERWSZY" Gliwice 1945
"ROK OSTATNI - ROK PIERWSZY" Gliwice 1945
"ROK OSTATNI - ROK PIERWSZY" czyli powojenna historia Gliwic w pigulce
Jestem pewien ze wielu Gliwiczan ciekawia losy naszego miasta
po przejsciu frontu w styczniu 1945r. Jak i pierwszych lat po wojnie.
malo jest pozycji na ten temat ... jeszcze mniej pisanych rzeczowo
i bez tanich emocji. Najczesciej spotykanymi sa internetowe pamietniki
pisane w jezyku Niemieckim ..wiec stanowiace czesto beriere jezykowa.

Wszystkim zainteresowanym chcialem polecic
ksiazke Boguslawa Tracza ""ROK OSTATNI - ROK PIERWSZY"

aby zainteresowac sama pozycja pozwalam sobie zacytowac ponizej
fragmenty recenzji tej pozycji

"ROK OSTATNI - ROK PIERWSZY"
Gliwice 1945

„Germańskij gorod Glajwic” - bez wątpienia takie przekonanie pa-
nowało pod koniec stycznia 1945 r. wśród większości czerwonoar-
mistów wkraczających do Gliwic, pierwszego dużego miasta, które
znajdowało się na terytorium państwa niemieckiego. „Armia Czer-
wona nie mogła robić różnicy między ludnością niemiecką a polską
i jednakowo wzywała jednych i drugich do robót i świadczeń na rzecz
armii, ponieważ wszyscy byli obywatelami Rzeszy i wszyscy walczyli
przeciwko Armii Czerwonej” - oświadczał w kwietniu tegoż roku
sowiecki komendant wojenny miasta. Sowieci wiedzieli, że wkraczali na teren
tej części Górnego Śląska, która należała do Rzeszy, generalnie nie mieli
jednak pojęcia, iż wchodzą na obszar o wybitnie pogranicz- nym charakterze,
gdzie bynajmniej nie każdy, będąc obywatelem Rzeszy, czuł się Niemcem.
Przełomowy rok 1945 - ostatni w Gliwicach dla większości niemieckiej ludności
miasta i pierwszy dla wielu polskich osadników - nie doczekał się do tej pory
żadnego całościowego opracowania. Pierwszą taką próbę - wydaje się, że udaną -
podjął Boguslaw Tracz w książce Rok ostatni - rok pierwszy. Gliwice 1945,
wydanej ostatnio w ramach Serii Monograficznej Muzeum w Gliwicach.
Publikacja wszechstronnie, na podstawie zróżnicowanej bazy źródłowej,
przedstawia sytuację społeczno-polityczną w mieście i najbliższej okolicy (w
ramach dzisiejszego podziału terytorialnego) od momentu wkroczenia Armii
Czerwonej do końca 1945 r., kiedy to nastąpiło względne ustabilizowanie. W
sześciu rozdziałach, poprzedzonych krótkim wprowadzeniem
w specyfikę i dzieje miasta do momentu wkroczenia Armii Czerwonej, autor
przedstawił najbardziej dramatyczny okres pod panowaniem sowieckiej
komendantury wojennej; etapy przejmowania władzy przez polską administrację;
kwestie związane z bezpieczeństwem i początkami nowego życia politycznego
oraz skomplikowane zagadnienia narodowościowe, łączące się z weryfikacją
dotychczasowych mieszkańców miasta i jego polonizacją."[...]

[...]
Oprócz dość szeroko zakreślonej panoramy większości ważniejszych wydarzeń i
zjawisk zachodzących w mieście autor nie unika omówienia indywidualnych
przypadków, które czasami może nawet trafniej oddają ówczesną atmosferę.
Przykładowo „zdobyczny” sposób postępowania Armii Czerwonej dość celnie
obrazuje działalność specjalnej grupy „poszukiwaczy skarbów”,
wyspecjalizowanej tylko w grabieży zabytków i dzieł sztuki. Już w lutym do
Gliwic trafił intendent moskiewskiego teatru dramatycznego, którego wojskowa
komendantura ubrała w mundur podpułkownika, dodano mu kilku historyków sztuki
(w tym kustosza moskiewskiego Muzeum Narodowego), również przebranych za
wojskowych, oraz samochód terenowy. Zadaniem tej grupy stało się
przeszukiwanie bogatszych domostw i wyłapywanie co bardziej
łakomych kąsków w okolicznych pałacach i willach przemysłowców, które
następnie niezwłocznie zasilały sowieckie placówki kulturalne. Ile rzeczy
zostało w ten sposób zrabowanych, nie można już w żaden sposób określić.
Działalność owej specjalnej grupy „historyków-rabusiów” jest jedną z wielu
barwnych historii przytaczanych przez autora.
Przedstawiona publikacja ma oczywiście pewne braki. Ale, co ważne, w
większości przypadków ma tego świadomość również sam autor. Pobieżnie w wielu
kwestiach zaprezentowany jest na przykład okres do marca, kiedy to miasto
pozostawało pod wyłączną władzą Komendantury Wojennej Armii Czerwonej. Nie
jest to oczywiście winą autora, lecz efektem słabego lub całkowitego braku
dostępu do archiwaliów sowieckich. Skomplikowana i w wielu przypadkach bardzo
niejednoznaczna problematyka narodowościowa, przed jaką staje historyk
badający rok 1945 na Górnym Śląsku, wymaga zarówno dużej rzetelności
badawczej, jak i formułowania bardzo wyważonych sądów.
Wydaje się, że sztuka ta w omawianej publikacji w znacznej mierze się udała.
[...]

Recenzje :
Tomasz Kurpierz IPN Katowice

www.ipn.gov.pl/biuletyn5-4_52-53.pd




Temat: EUROPA 1920 - BIALI zwyciezaja w ROSJI. Hipoteza.
Zbytnio lekceważysz Francuzów którzy byli
wtedy głównymi rozdającymi. Jeśli Polsce przypadłyby ziemie plebiscytowe to
głównie za sprawą Francji. Anglosasi wcale nie chcieliby aż takich słabych
Niemiec, musiałyby równoważyć Francję.
Biali nacjonaliści napewno nie pozwoliliby zbyt długo siedzieć wojskom
interwencyjnym w Rosji, Rosja prowadziłaby niezależną politykę. Gospodarkę
oparliby na gwałtownym wzroście wydobycia ropy,węgla,rud i innych skarbów
kopalnych i sprzedaży ich, przemysł przetwórczy rozwijałby się słabo. Co
robiłoby ze słabej przemysłowo ale bardzo bogatej surowcowo Rosji jeszcze
bardziej łakomy kąsek.
Zapomniałeś o Hiszpanii gdzie bez najmniejszych problemów władzę przejąłby
Franco.
Polska i biała Rosja nienawidziłyby się conajmniej tak jak Polska i czerwona
Rosja, a nawet bardziej, bo nienawiść do ZSRR była lekko tonowana przez
polskich komunistów, polscy nacjonaliści napewno nie kumplowaliby się z ich
białymi odpowiednikami w Rosji. Więc nie byłoby nawet mowy o wojskach rosyjkich
na terenie Polski broniących kraj przed III Rzeszą. Polska byłaby kulą u nogi
do Francusko-Brytyjsko-Rosyjskiego sojuszu przeciw rosnącym w siłę Niemcom.
Prawdopodobnie Ententa poświęciłaby ją dla sprawy jak Czechosłowację, mając
perspektywicznego sojusznika w Rosji nawet nie bawiliby się w sojusze z Polską,
oddaliby ją Hitlerowi i czekaliby aż Rzesza będzie graniczyć z jednej strony z
Francją z drugiej z Rosją. I tu by się przeliczyli.
Hitler rzuca główne siły na Francję i Benelux pokonując Aliantów w niecały
miesiąc, w tym czasie Rosjanie wyzwalają z pół Polski przy pomocy naszego ruchu
oporu, ale do granic Niemiec nie zdążyliby dotrzeć. Świetna infrastruktura w
Niemczech pozwala błyskawicznie przersucić siły na Wschód. I tu się zaczyna
wojna z Rosją.
Biała Rosja to nie ZSRR, przemysł w powijakach, 2-3, góra 4 razy większy niż
pokonanej wcześniej Polski. Bez stalinowskich cystek armia byłaby lepiej
dowodzona, ale miałaby za to dużo gorszy sprzęt. Początek wojny z Rosją nie
byłby taki pomyslny dla Niemców, ale za to byłoby na odwrót niż w
rzeczywistości im dalej tym łatwiej. Armia rosyjska stawiałaby zacięty opór
lepiej wyszkolonym i uzbrojonym Niemcom, dużo lepszy niż przetrzebiona
czystkami Armia Czerwona, co o dziwo dałoby nawet pewne korzyści Niemcom. Brak
tak oszałamiających sukcesów na Wschodzie nie rozbisurmaniłby tak mocno
hitlerowców, stopniowe sukcesy i powolne zajmowanie Rosji zmusiłoby Niemców do
większego wysiłku i bardziej uważnego planowania strategii. Ponadto niemieckie
zbrodnie na Słowianach i Żydach były m.in. efejtem oszałamiających sukcesów w
1941 roku, które dały Niemcom świadomość że już są panami swiata, teraz mogłoby
do tego nie dojść, co zmniejszyłoby nienawiść do Niemiec reszty świata.
Biała Rosja nie byłaby w stanie przenieść przemysłu z Ukrainy na Ural, więc
zajęcie Ukrainy totalnie dobiłoby Rosjan. Armia Czerwona około 1943 była już
sensownie dowodzona i bardzo bitna, biała Rosja taką waleczność i dowodzenia
miałaby od początku wojny, jednak koło 1943 nie mieliby tej technologii i
takiego przemysłu jak ZSRR, co sprawiłoby że od tego momentu byłoby Niemcom
łatwiej niż w "realu". Niemcy zdonyliby Kaukaz z jego ogromnymi ilościami ropy
naftowej, wojna z Białą ROsją nie byłaby tak wykańczająca jak z ZSRR, co
pozwoliłoby Niemcon zwiększyć wysiłek na rozwoju lotnictwa.
Niemcy z potencjałem przemysłowym całej Europy i surowcami Rosji byliby równym
przeciwnikiem dla USA i GB. Czy zajęliby GB i potem USA, czy też podpisaliby w
końcu rozejm to już nie jest takie pewne, ale napewno w 1944 byliby w
nipomiernie lepszej sytuacji niż w rzeczywistości. Silne lotnictwo z samolotai
odrzutowymi robiłoby sieczkę z bombowców amerykańskich.
Co od bomby jądrowej, to gdyby nie doszło do wojny Niemcy na 100% wyprzedziliby
Stany Zjednoczone. Bez wojny Ameryka dalej byłaby pacyfistycznym krajem z armią
słabszą niż Polska i nie opracowaliby tak szybko broni jądrowej.
W czasie wojny mniejsze zaangażowanie na froncie ze słabiutką Rosją pozwoliłoby
na opracowanie bomby jądrowej nie dużo później, jak nie szybciej, od
Amerykanów, a rakiety V3 doniosłyby ją do NY i Waszyngtonu.



Temat: Miller obiecuje Eurokolchozowi Niderlandy.
> Kilka panstw sprzeciwia sie systemowi glosowania w obecnym ksztalcie
Fragless: Sprzeciwiaja sie przez jego popieranie - zaiste, bardzo oryginalna
metoda.
Mirmat: Taka polityka byla popularna w imperium sowieckim. A Eurokolchoz do
takiego sie przymierza. Nie kazdy ma odwage Polakow by sie postawic "jadru". W
W.Brytanii opozycyjna jeszcze, a juz prowadzaca w sondazach partia
konserwatywna uwaza Polakow za bohaterow. Jezeli wygramy (a do tego tylko
wystarczy powiedziec nam NIE) bedziemy pupilkiem tej lepszej czesci naszego
kontynentu.
> Jesli doswiadczenie ostatniego polwiecza polityki miedzynarodowej
> czegos uczy, to uczy jednego: chcesz zarobic i byc szanowanym, upieraj sie
> przy swoim zdaniu.
Fragless: Nieukow moze faktycznie uczy tylko tego. Madrzejsi wiedza, ze
zasada "wszystko albo nic" ma sens tylko wtedy, gdy jest szansa na "wszystko".
Mirmat: I wlasnie na to mamy ogromna szanse. Mamy przeciez WETO I racje.
> nie mozna 'ukarac' jakiegos kraju, nie kazac innych. Kazdy kto zna
> mechanike budzetu i prawa unii wie, ze to bzdura? Zabierajac fundusze Polsce,
> zabiera sie je rownoczesnie bylej NRD, Hiszpanii i innym
Fragless: Unijny budzet jest na tyle zlozony, ze zawsze da sie cos
wykombinowac. Poza tym na budzecie mozliwosci "zemsty" sie nie koncza. Jestesmy
na tyle silnie powiazani z Niemcami, ze moga nam latwo zaszkodzic na wiele
sposobow, jesli tylko zechca.
Mirmat: To silne powiazanie z Niermcami nalezalo by troche poluznic zapraszajac
inwestorow z USA, W.Brytanii. Ale calkowicie ZDYSKONTOWALES nasze polozenie
geograficzne, kiedys przeklenstwo a w scislym sojuszu z Ameryka skarb. Niemcy
dlatego zgodzili sie chwilowo na Nicee bo liczyli, ze nas kupia za pieniadze i
majac nas w kieszeni otworza sobie drzwi na wschod (nowy Drang nacht Osten).
Bez przyjecia nowych krajow a przedewszystkim Polski Unia sie juz dusila
a "jadro" sie panicznie balo, ze bedziemy scislym sojusznikiem USA. Unia nie
miala wyboru tylko dokonac anschlussu pokazujac nam marchewke. To my sie
zblaznilismy oddajac sie tak tanio.
> System wazenia glosow (czyli system Nicejski) byl opracowany po to
> by uwzglednic tak rozne czynniki, jak liczba ludnosci
Fragless: A system konstytucyjny tego nie uwzglednia?
> terytorium, sila gospodarcza, mozliwosci wojskowe etc.
Fragless: Moge wiedziec, w ktorym miejscu Nicea uwzgledniala ktorys z tych
czynnikow? Nawiasem mowiac, gdyby je faktycznie uwzgledniala, dla Polski byloby
to przeciez fatalne.
Mirmat: Nasze terytorium jest prawie rowny Niemieckiemu. Przy potencjale
wojskowym nalezy uwzglednic nasze strategiczne polozenie i odwage. W koncu jak
powinienes wiedziec walczylismy w 1939r. z polaczonymi silami III Rzeszy i
Sowietow dluzej niz Francja w 1940 wspomagana przez Brytyjczykow z sama III
Rzesza. Zapomniales tez te etc. Moze dla Ciebie dlug zachodu wobec Polski nie
istnieje ale historia wystawila rachunek Europie za 45 lat sowieckiej okupacji
i kazdy uczciwy Europejczyk o tym wie. Tym mniej uczciwym powinnismy o tym
przypominac. II RP pokazala jaki by byl nasz potencjal bez wspomaganego
europejska polityka détente naszego zniewolenia.
> I byl to o wiele sprawiedliwszy od
> wymyslonego przez Valery'ego Giscarda d'Estain.
Fragless: Jesli mowimy o "sprawiedliwosci spolecznej", to pewnie tak. Ale jesli
mowimy serio, to nie bardzo widze te wyzszosc. Nie znam zadnego kryterium,
ktore uzasadnialoby system nicejski.
Mirmat: A system Bundesratu w Niemczech? Czy Senatu USA gdzie malutki Vermont
ma tyle senatorow co Kalifornia?
> podejmowanie decyzji, ktore moga byc zablokowane de facto przez
> dwa panstwa: Francje i Niemcy, prowadzi do monopolu tego tandemu. Europa
> bedzie dzialala sprawnie pod warunkiem, ze dowolna inicjatywa uzyska
> imprimatur Berlina i Paryza. Jesli nie, to nawet przy uporze pozostalych 23
> panstw decyzja nie przejdzie
Fragless: Autor albo nie zna systemu konstytucyjnego, albo klamie w zywe oczy,
albo jest skonczonym kretynem. Osobiscie stawiam na to ostatnie. Kazde dziecko
zauwazy przeciez, ze Niemcy i Francja nie maja polowy ludnosci Unii, wiec
samodzielnie nic nie zablokuja.
Mirmat: Poczytaj sobie proponowane "kompromisy" I stwierdz wtedy kto
jest "kretynem". W proponowanych poprawkach "jadro" moze blokowac co chce a my
nie.




Temat: wielu liczy na kasę za mienie zabużańskie
wielu liczy na kasę za mienie zabużańskie
Europejski Trybunał w Strasburgu uznał, że w sprawie respektowania roszczeń
zabużan o odszkodowanie za nieruchomości tam pozostawione Polska narusza
europejską Konwencję Praw Człowieka gwarantującą ochronę własności. Nie
zasądził wprawdzie żadnego konkretnego odszkodowania, zalecił wszakże
załatwienie sprawy, na razie polubownie, za porozumieniem stron. Co dalej, to
się dopiero okaże.

Zainteresowani już triumfują i liczą na miliardy. Całość roszczeń szacują na
10 do 50 mld zł.

Nie kryje radości także Platforma Obywatelska. Zyta Gilowska, gwiazda
ekonomiczna Platformersów, zapytana przez dziennikarza TVN 24 o to, komu
trzeba będzie ująć, aby zabużanom dać, z uśmiechem oświadczyła: „skarb
państwa musi pozyskać na ten cel niezbędne pieniądze”. Jak gdyby nie
wiedziała, że skarb państwa pieniędzy nie pozyskuje z powietrza, lecz z
podatków lub innych dochodów należnych budżetowi. Innymi słowy, odszkodowania
za mienie zabużan pozostawione na Ukrainie, Białorusi i Litwie zapłaci
składkowo każda polska rodzina – bądź bezpośrednio podatkiem, bądź pośrednio
uszczupleniem świadczeń na zdrowie, oświatę, bezpieczeństwo. Choć nikt ze
współcześnie żyjących Polaków nie miał wpływu na pozbawienie zabużan ich
nieruchomości. Decyzje o zmianach granic podejmowały zwycięskie mocarstwa,
prezydent USA F.D. Roosevelt, premier Wielkiej Brytanii W.S. Churchill oraz
radziecki dyktator J. Stalin. Decyzje indywidualne o wyjeździe do Polski
podejmowali sami zainteresowani. Nie było przymusu przesiedlania się, choć
zrozumiałe, że większość Polaków mieszkających na kresach pozostać w ZSRR nie
chciała.

Państwo i społeczeństwo polskie były oczywiście zobowiązane do okazania
pomocy rodakom przesiedlanym w wyniku zmiany granic. I z tej powinności się
wywiązywały w miarę możliwości przeznaczając na to głównie nieruchomości
poniemieckie na ziemiach zachodnich. Z dwumilionowej rzeszy repatriantów ze
Wschodu ponad 90 proc. rekompensatę otrzymało, nieraz zupełnie godziwą.
Najczęściej dom za dom, chłopskie gospodarstwo rolne za gospodarstwo. Wielu
dostało domy i gospodarstwa lepsze niż pozostawiło, bo w bogatszych stronach.
Teraz wystawiają Polsce rachunek na ogół najbogatsi, właściciele kamienic i
folwarków, których utraty nie sposób było zrekompensować. Gdyby znajdo-wały
się w Polsce, też podlegałyby wywłaszczeniu przy reformie rolnej i
nacjonalizacji. Odszkodowania wyższe niż symboliczne w tej sytuacji urągałyby
sprawiedliwości zamiast jej zadośćuczynić. Wymagałoby to nałożenia na
wszystkich w interesie nielicznych haraczu nie do uniesienia.

Pora postawić pytanie, jak daleko wstecz mogą sięgać roszczenia z tytułu
strat majątkowych w wyniku wojen i kataklizmów dziejowych? Trzy pokolenia, a
dlaczego nie dziesięć? Może ktoś pójdzie za ciosem i upomni się o
rekompensaty za majątki skonfiskowane powstańcom z 1863 r., których zwrotu
odmówił pierwszy Sejm po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. w przekonaniu,
że kraj ma pilniejsze i ważniejsze potrzeby.

Lepiej nie wywoływać wilka z lasu i czci dla świętego prawa własności nie
posuwać zbyt daleko. Jutro może znaleźć się trybunał chętny do zasądzenia
szczodrego odszkodowania wysiedlonym z ziem zachodnich. Ich też dotknął
kataklizm dziejowy, na dodatek wyjeżdżali pod przymusem.

Sędziowie trybunałów międzynarodowych kierują się zasadą ślepego prawa i nie
baczą na konsekwencje, zwłaszcza kiedy płacić mają nie ich ziomkowie. Polski
parlament odpowiada przed tutejszymi wyborcami i powinien strzec zdrowego
rozsądku i elementarnego interesu publicznego.

W sprawie roszczeń majątkowych z odległej przeszłości, zwłaszcza z tytułu
strat spowodowanych przez wojnę i jej skutki, w istocie przez siłę wyższą,
należy ustawą wyznaczyć górną granicę dopuszczalnych obciążeń państwa oraz
nieprzekraczalny i stosunkowo bliski termin przedawnienia. Najlepiej taki
przepis wprowadzić do ustawy zasadniczej po to, aby wyjąć sprawę spod
jurysdykcji wszelkich innych władz i ostatecznie zamknąć. Można ręczyć za
wynik referendum w tej sprawie.




Temat: OSKARŻAM CIĘ!
nie oskarżam was
KRZYK co tydzień

Autonomia, durniu!

Zaczęło się już przedwyborcze licytowanie i politycy jeden przez drugiego
opowiadają, co po wygranej zrobią dla naszego regionu.

Zamiast tych wszystkich obietnic wolałbym kiedyś usłyszeć: „Zrób to sam, ja ci
nie będę przeszkadzać!”.

Przyszło mi to do głowy w związku z 85. rocznicą przyjęcia przez Sejm ustawy
konstytucyjnej ustanawiającej autonomię ziemi śląskiej.

Wśród fetowanych prawie na okrągło wszystkich rocznic i jubileuszy –
rozpoczęcia wojny i jej zakończenia, wybuchu jakiegoś powstania i jego
sromotnej klęski – ta rocznica przeszła prawie niezauważona.

Nie słyszałem, żeby chwalili się posłowie w Sejmie albo przynajmniej radni
w naszym sejmiku. Skromne uroczystości zapowiedział – zdaje się tylko – Ruch
Autonomii Śląska.
No ale Ruch, podobnie jak sama autonomia, dla wielu osób jest czymś
podejrzanym.
Ba! Niebezpiecznym nawet. Taka autonomia to przecież nic innego, jak chęć
oderwania części ojczyzny, młyn na wodę rewizjonistów i w ogóle nic dobrego.
Więc kto Polak na bagnety, ale autonomii mówimy nasze twarde „nie”.

A we mnie, im z większym zacietrzewieniem mówią o tym przeciwnicy, tym większy
budzi się duch przekory.

- A dlaczego nie? – pytam przeciwników autonomii. – Czy przedwojenne
autonomiczne województwo śląskie odłączyło się od Polski? Czy mało się
przykładało do budowania wspólnego państwa? A dzisiaj – przecież z dobrym
skutkiem mamy już autonomiczne gminy, powiaty i województwo. Bo tak podejrzane
słowo „autonomia” nie oznacza wcale – jak się niektórym zdaje –
separatystyczny, ale tyle, co samorządny.

A ja zwyczajnie wolę wójta, burmistrza czy radnego, który jest samorządny.
Takiego, który nie narzeka, że mu znowu czegoś tam Warszawa nie dała albo
zakazała, ale sam bierze się do roboty.

Jasne, że ta Warszawa – wszystkie centralne urzędy z ich ministrami –
niechętnie daje i woli sama o wszystkim decydować. Dla kiepskich wójtów,
burmistrzów i marszałków ten centralizm jest dobrą wymówką, gdy się ich spytać,
dlaczego niewiele zrobili.
A dla polityków, którym się marzy kariera posła i ministra, centralizm jest
sensem życia.

Ile się naopowiadają nam w kampanii wyborczej, jakie to skarby ściągną nam
z Warszawy!

Niektórzy pewnie sami w te swoje obietnice wierzą. Ale dla większości z nich
centralizm jest szansą na karierę. To dzięki niemu rzesze samorządowców,
przedsiębiorców i innych ludzi będą u nich klamkować i prosić o koncesję,
zezwolenie, albo podpisik na papierku, bez którego nic nie da się zrobić.
Gdyby posłowie oddali kiedyś choć część „warszawskiej” władzy w ręce
prowincjuszy, pozbawiliby się niezłych profitów.

Więc, choć chciałbym pewnego dnia usłyszeć na przedwyborczym mityngu:
„zrób to sam!”, to wiem, że tego jednego zdania prędko się nie doczekam.

JÓZEF KRZYK

ROZTOMAJTY
Piątek 15 lipca 2005 GAZETA WYBORCZA KATOWICE




Temat: OsKaRżAm CiĘ!
OsKaRżAm CiĘ!
KRZYK co tydzień

Autonomia, durniu!

Zaczęło się już przedwyborcze licytowanie i politycy jeden przez drugiego
opowiadają, co po wygranej zrobią dla naszego regionu.

Zamiast tych wszystkich obietnic wolałbym kiedyś usłyszeć: „Zrób to sam, ja ci
nie będę przeszkadzać!”.

Przyszło mi to do głowy w związku z 85. rocznicą przyjęcia przez Sejm ustawy
konstytucyjnej ustanawiającej autonomię ziemi śląskiej.

Wśród fetowanych prawie na okrągło wszystkich rocznic i jubileuszy –
rozpoczęcia wojny i jej zakończenia, wybuchu jakiegoś powstania i jego
sromotnej klęski – ta rocznica przeszła prawie niezauważona.

Nie słyszałem, żeby chwalili się posłowie w Sejmie albo przynajmniej radni
w naszym sejmiku. Skromne uroczystości zapowiedział – zdaje się tylko – Ruch
Autonomii Śląska.
No ale Ruch, podobnie jak sama autonomia, dla wielu osób jest czymś
podejrzanym.
Ba! Niebezpiecznym nawet. Taka autonomia to przecież nic innego, jak chęć
oderwania części ojczyzny, młyn na wodę rewizjonistów i w ogóle nic dobrego.
Więc kto Polak na bagnety, ale autonomii mówimy nasze twarde „nie”.

A we mnie, im z większym zacietrzewieniem mówią o tym przeciwnicy, tym większy
budzi się duch przekory.

- A dlaczego nie? – pytam przeciwników autonomii. – Czy przedwojenne
autonomiczne województwo śląskie odłączyło się od Polski? Czy mało się
przykładało do budowania wspólnego państwa? A dzisiaj – przecież z dobrym
skutkiem mamy już autonomiczne gminy, powiaty i województwo. Bo tak podejrzane
słowo „autonomia” nie oznacza wcale – jak się niektórym zdaje –
separatystyczny, ale tyle, co samorządny.

A ja zwyczajnie wolę wójta, burmistrza czy radnego, który jest samorządny.
Takiego, który nie narzeka, że mu znowu czegoś tam Warszawa nie dała albo
zakazała, ale sam bierze się do roboty.

Jasne, że ta Warszawa – wszystkie centralne urzędy z ich ministrami –
niechętnie daje i woli sama o wszystkim decydować. Dla kiepskich wójtów,
burmistrzów i marszałków ten centralizm jest dobrą wymówką, gdy się ich spytać,
dlaczego niewiele zrobili.
A dla polityków, którym się marzy kariera posła i ministra, centralizm jest
sensem życia.

Ile się naopowiadają nam w kampanii wyborczej, jakie to skarby ściągną nam
z Warszawy!

Niektórzy pewnie sami w te swoje obietnice wierzą. Ale dla większości z nich
centralizm jest szansą na karierę. To dzięki niemu rzesze samorządowców,
przedsiębiorców i innych ludzi będą u nich klamkować i prosić o koncesję,
zezwolenie, albo podpisik na papierku, bez którego nic nie da się zrobić.
Gdyby posłowie oddali kiedyś choć część „warszawskiej” władzy w ręce
prowincjuszy, pozbawiliby się niezłych profitów.

Więc, choć chciałbym pewnego dnia usłyszeć na przedwyborczym mityngu:
„zrób to sam!”, to wiem, że tego jednego zdania prędko się nie doczekam.

JÓZEF KRZYK

ROZTOMAJTY
Piątek 15 lipca 2005 GAZETA WYBORCZA KATOWICE




Temat: Pomnikowa paranoja
Przyzwyczailiśmy się patrzeć na Ukrainę poprzez pryzmat garstki krzykliwych,
ideowych spadkobierców ukraińskich zbrodniarzy spod znaku OUN-UPA.
A tymczasem, jak sam zauważyłeś , przeważająca część ludności Ukrainy nie
utożsamia się z nimi a wręcz nimi gardzi. Czas zatem najwyższy zacząć
postrzegać Ukrainę jako całość a nie tylko jako mało liczny rezerwat kainowych
potomków, których jedyną „zaletą” w oczach polskich, politycznych „pragmatyków”
jest rusofobia. Ci politycy są w stanie zrobić każdą głupotę, popełnić każdą
niedorzeczność byle tylko dokopać „ruskim”. Prowadzenie ich na smyczy przez
wujka Sama wszystkiego jednak nie tłumaczy bo smycz nie jest na tyle krótka, by
nie pozostawiała jednak pewnego pola manewru. Będę się upierał, z polskim
interesem często wygrywa służalczość, nadgorliwość i troska o poparcie USA w
osiąganiu intratnych stanowisk w organizacjach międzynarodowych w zamian za
psią wierność.
Przykładem jest chociażby sprawa drugiej nitki rurociągu jamalskiego, który
miał biec przez Białoruś. Polacy (zdaje się, że rząd Buzka) upierali się jednak
by, nie wiedzieć czemu, koniecznie biegł przez Ukrainę na co słusznie, jak
pokazało życie , zgody nie chcieli wyrazić Rosjanie . To w tym czasie powstał
pomysł rurociągu bałtyckiego a Polska straciła miliardy dolarów.
Czy tak kazała Buzkowi Ameryka? Biorąc pod uwagę jego dalszą karierę nie da
się tego chyba wykluczyć.:)
A Juszczenko „nagradza” nas w zamian zakazem importu polskiego mięsa, odmową
zwrotu skarbów polskiej kultury jak chociażby Ossolineum, którego część gnije
złożona byle jak na posadzkach kościoła Jezuitów we Lwowie.
Jak by tego było mało arcyzbrodniarzy ustanawia bohaterami narodowymi, mówiąc,
że to tacy ukraińscy akowcy.
Czytam ostatnio rojenia A. Michnika o stworzeniu wspólnego z Ukrainą państwa
czy też o marzeniach Kwaśniewskiego, by zostać prezydentem Ukrainy! Gotów jest
on przy tym nawet zmienić obywatelstwo. :) Takie pomysły muszą rodzić pytanie
czy z nimi jest wszystko ok. i jak to możliwe, że ten pierwszy długie lata
uznawany był za „sumienie” narodu polskiego a ten drugi przez dwie kadencje był
prezydentem III RP?
Jeśli polityka to sztuka wygrywania dla swego kraju wszystkiego co w danym
momencie jest możliwe do ugrania to Polska prowadzi antypolitykę wschodnią.
Ponosząc olbrzymie koszty nie zyskujemy niczego - działamy tam dobroczynnie.
Czas więc to zmienić i w zamian za poparcie, żądać zapłaty tak jak się to
normalnie w polityce dzieje. I nie mów, że nie mamy żadnych atutów – mamy - oni
nas potrzebują, nie my ich.
Zgadzam się, że polityka wschodnia powinna być wyważona i nastawiona na
współpracę ze wszystkimi wschodnimi sąsiadami. Co się tyczy Ukrainy, to
zwłaszcza w kontekście bliskiego już politycznego bankructwa Juszczenki i
popierających go nacjonalistów, powinniśmy przestać udawać, że nie istnieją tam
inne siły polityczne.
W kwestii zaszłości historycznych - nie zgadzam się, że powinniśmy pozostawać
obojętni na odradzanie się faszyzmu ukraińskiego, za cenę „spokoju” na
granicach. I to z kilku powodów.
Po pierwsze mamy pełne prawo a nawet obowiązek potępiać sprawców tych zbrodni
i ich dzisiejszych ideowych spadkobierców bez oglądania się na to co oni sami o
tym myślą.
Tym bardziej, że sprawa jest niebłaha i dotyczy zorganizowanych mordów na ponad
100 tys. rzeszy polskich wieśniaków, ale przede wszystkim dlatego, że sprawcy
tej rzezi są uznawani przez prez. Juszczenkę za bohaterów narodowych. To mniej
więcej tak jakby dzisiaj kanclerz Merkel uznała za bohaterów sprawców holocaustu
z Hitlerem na czele, co jak sam wiesz jest przez cywilizowany świat nie do
przyjęcia.
Po drugie taka postawa w żaden sposób nie zakłóci naszych stosunków z całą
Ukrainą a co najwyżej rezuny trochę powarczą i na tym się skończy. Przykładem
„wołyńska” uchwała Sejmu, zatrzymanie rezuńskich rowerzystów na granicy, czy też
burzenie zbójeckich „pomniczków”. To lepszy i co najważniejsze skuteczny sposób
tłumaczenia im
(w odróżnieniu od jałowych „dyskusji” z różnymi mykołami, fiki-mikami czy innymi
PUK-niętymi kanaliami), że powinni sobie znaleźć innych bohaterów.
Wybór należy do nich samych.




Temat: Mamy dzis 85 rocznice ustanowienia....
Autoonoomijou, gupjelouku!
KRZYK co tydzień

Autonomia, durniu!

Zaczęło się już przedwyborcze licytowanie i politycy jeden przez drugiego
opowiadają, co po wygranej zrobią dla naszego regionu.

Zamiast tych wszystkich obietnic wolałbym kiedyś usłyszeć:
„Zrób to sam, ja ci nie będę przeszkadzać!”.

Przyszło mi to do głowy w związku z 85. rocznicą przyjęcia przez Sejm ustawy
konstytucyjnej ustanawiającej autonomię ziemi śląskiej.

Wśród fetowanych prawie na okrągło wszystkich rocznic i jubileuszy –
rozpoczęcia wojny i jej zakończenia, wybuchu jakiegoś powstania i jego
sromotnej klęski – ta rocznica przeszła prawie niezauważona.

Nie słyszałem, żeby chwalili się posłowie w Sejmie albo przynajmniej radni
w naszym sejmiku. Skromne uroczystości zapowiedział – zdaje się tylko – Ruch
Autonomii Śląska.
No ale Ruch, podobnie jak sama autonomia, dla wielu osób jest czymś
podejrzanym.
Ba! Niebezpiecznym nawet. Taka autonomia to przecież nic innego, jak chęć
oderwania części ojczyzny, młyn na wodę rewizjonistów i w ogóle nic dobrego.
Więc kto Polak na bagnety, ale autonomii mówimy nasze twarde „nie”.

A we mnie, im z większym zacietrzewieniem mówią o tym przeciwnicy, tym większy
budzi się duch przekory.

- A dlaczego nie? – pytam przeciwników autonomii. – Czy przedwojenne
autonomiczne województwo śląskie odłączyło się od Polski? Czy mało się
przykładało do budowania wspólnego państwa? A dzisiaj – przecież z dobrym
skutkiem mamy już autonomiczne gminy, powiaty i województwo. Bo tak podejrzane
słowo „autonomia” nie oznacza wcale – jak się niektórym zdaje –
separatystyczny, ale tyle, co samorządny.

A ja zwyczajnie wolę wójta, burmistrza czy radnego, który jest samorządny.
Takiego, który nie narzeka, że mu znowu czegoś tam Warszawa nie dała albo
zakazała, ale sam bierze się do roboty.

Jasne, że ta Warszawa – wszystkie centralne urzędy z ich ministrami –
niechętnie daje i woli sama o wszystkim decydować. Dla kiepskich wójtów,
burmistrzów i marszałków ten centralizm jest dobrą wymówką, gdy się ich spytać,
dlaczego niewiele zrobili.
A dla polityków, którym się marzy kariera posła i ministra, centralizm jest
sensem życia.

Ile się naopowiadają nam w kampanii wyborczej, jakie to skarby ściągną nam
z Warszawy!

Niektórzy pewnie sami w te swoje obietnice wierzą. Ale dla większości z nich
centralizm jest szansą na karierę. To dzięki niemu rzesze samorządowców,
przedsiębiorców i innych ludzi będą u nich klamkować i prosić o koncesję,
zezwolenie, albo podpisik na papierku, bez którego nic nie da się zrobić. Gdyby
posłowie oddali kiedyś choć część „warszawskiej” władzy w ręce prowincjuszy,
pozbawiliby się niezłych profitów.

Więc, choć chciałbym pewnego dnia usłyszeć na przedwyborczym mityngu: „zrób to
sam!”, to wiem, że tego jednego zdania prędko się nie doczekam.

JÓZEF KRZYK

ROZTOMAJTY
Piątek 15 lipca 2005 GAZETA WYBORCZA KATOWICE




Temat: Oskarżam cię!
Nie oskarżam cię!
KRZYK co tydzień

Autonomia, durniu!

Zaczęło się już przedwyborcze licytowanie i politycy jeden przez drugiego
opowiadają, co po wygranej zrobią dla naszego regionu.

Zamiast tych wszystkich obietnic wolałbym kiedyś usłyszeć: „Zrób to sam, ja ci
nie będę przeszkadzać!”.

Przyszło mi to do głowy w związku z 85. rocznicą przyjęcia przez Sejm ustawy
konstytucyjnej ustanawiającej autonomię ziemi śląskiej.

Wśród fetowanych prawie na okrągło wszystkich rocznic i jubileuszy –
rozpoczęcia wojny i jej zakończenia, wybuchu jakiegoś powstania i jego
sromotnej klęski – ta rocznica przeszła prawie niezauważona.

Nie słyszałem, żeby chwalili się posłowie w Sejmie albo przynajmniej radni
w naszym sejmiku. Skromne uroczystości zapowiedział – zdaje się tylko – Ruch
Autonomii Śląska.
No ale Ruch, podobnie jak sama autonomia, dla wielu osób jest czymś
podejrzanym.
Ba! Niebezpiecznym nawet. Taka autonomia to przecież nic innego, jak chęć
oderwania części ojczyzny, młyn na wodę rewizjonistów i w ogóle nic dobrego.
Więc kto Polak na bagnety, ale autonomii mówimy nasze twarde „nie”.

A we mnie, im z większym zacietrzewieniem mówią o tym przeciwnicy, tym większy
budzi się duch przekory.

- A dlaczego nie? – pytam przeciwników autonomii. – Czy przedwojenne
autonomiczne województwo śląskie odłączyło się od Polski? Czy mało się
przykładało do budowania wspólnego państwa? A dzisiaj – przecież z dobrym
skutkiem mamy już autonomiczne gminy, powiaty i województwo. Bo tak podejrzane
słowo „autonomia” nie oznacza wcale – jak się niektórym zdaje –
separatystyczny, ale tyle, co samorządny.

A ja zwyczajnie wolę wójta, burmistrza czy radnego, który jest samorządny.
Takiego, który nie narzeka, że mu znowu czegoś tam Warszawa nie dała albo
zakazała, ale sam bierze się do roboty.

Jasne, że ta Warszawa – wszystkie centralne urzędy z ich ministrami –
niechętnie daje i woli sama o wszystkim decydować. Dla kiepskich wójtów,
burmistrzów i marszałków ten centralizm jest dobrą wymówką, gdy się ich spytać,
dlaczego niewiele zrobili.
A dla polityków, którym się marzy kariera posła i ministra, centralizm jest
sensem życia.

Ile się naopowiadają nam w kampanii wyborczej, jakie to skarby ściągną nam
z Warszawy!

Niektórzy pewnie sami w te swoje obietnice wierzą. Ale dla większości z nich
centralizm jest szansą na karierę. To dzięki niemu rzesze samorządowców,
przedsiębiorców i innych ludzi będą u nich klamkować i prosić o koncesję,
zezwolenie, albo podpisik na papierku, bez którego nic nie da się zrobić.
Gdyby posłowie oddali kiedyś choć część „warszawskiej” władzy w ręce
prowincjuszy, pozbawiliby się niezłych profitów.

Więc, choć chciałbym pewnego dnia usłyszeć na przedwyborczym mityngu:
„zrób to sam!”, to wiem, że tego jednego zdania prędko się nie doczekam.

JÓZEF KRZYK

ROZTOMAJTY
Piątek 15 lipca 2005 GAZETA WYBORCZA KATOWICE




Temat: Co sądzą na Górnym Śląsku?
Co sądzą na Górnym Śląsku?
KRZYK co tydzień

Autonomia, durniu!

Zaczęło się już przedwyborcze licytowanie i politycy jeden przez drugiego
opowiadają, co po wygranej zrobią dla naszego regionu.

Zamiast tych wszystkich obietnic wolałbym kiedyś usłyszeć: „Zrób to sam, ja ci
nie będę przeszkadzać!”.

Przyszło mi to do głowy w związku z 85. rocznicą przyjęcia przez Sejm ustawy
konstytucyjnej ustanawiającej autonomię ziemi śląskiej.

Wśród fetowanych prawie na okrągło wszystkich rocznic i jubileuszy –
rozpoczęcia wojny i jej zakończenia, wybuchu jakiegoś powstania i jego
sromotnej klęski – ta rocznica przeszła prawie niezauważona.

Nie słyszałem, żeby chwalili się posłowie w Sejmie albo przynajmniej radni
w naszym sejmiku. Skromne uroczystości zapowiedział – zdaje się tylko – Ruch
Autonomii Śląska.
No ale Ruch, podobnie jak sama autonomia, dla wielu osób jest czymś
podejrzanym.
Ba! Niebezpiecznym nawet. Taka autonomia to przecież nic innego, jak chęć
oderwania części ojczyzny, młyn na wodę rewizjonistów i w ogóle nic dobrego.
Więc kto Polak na bagnety, ale autonomii mówimy nasze twarde „nie”.

A we mnie, im z większym zacietrzewieniem mówią o tym przeciwnicy, tym większy
budzi się duch przekory.

- A dlaczego nie? – pytam przeciwników autonomii. – Czy przedwojenne
autonomiczne województwo śląskie odłączyło się od Polski? Czy mało się
przykładało do budowania wspólnego państwa? A dzisiaj – przecież z dobrym
skutkiem mamy już autonomiczne gminy, powiaty i województwo. Bo tak podejrzane
słowo „autonomia” nie oznacza wcale – jak się niektórym zdaje –
separatystyczny, ale tyle, co samorządny.

A ja zwyczajnie wolę wójta, burmistrza czy radnego, który jest samorządny.
Takiego, który nie narzeka, że mu znowu czegoś tam Warszawa nie dała albo
zakazała, ale sam bierze się do roboty.

Jasne, że ta Warszawa – wszystkie centralne urzędy z ich ministrami –
niechętnie daje i woli sama o wszystkim decydować. Dla kiepskich wójtów,
burmistrzów i marszałków ten centralizm jest dobrą wymówką, gdy się ich spytać,
dlaczego niewiele zrobili.
A dla polityków, którym się marzy kariera posła i ministra, centralizm jest
sensem życia.

Ile się naopowiadają nam w kampanii wyborczej, jakie to skarby ściągną nam
z Warszawy!

Niektórzy pewnie sami w te swoje obietnice wierzą. Ale dla większości z nich
centralizm jest szansą na karierę. To dzięki niemu rzesze samorządowców,
przedsiębiorców i innych ludzi będą u nich klamkować i prosić o koncesję,
zezwolenie, albo podpisik na papierku, bez którego nic nie da się zrobić.
Gdyby posłowie oddali kiedyś choć część „warszawskiej” władzy w ręce
prowincjuszy, pozbawiliby się niezłych profitów.

Więc, choć chciałbym pewnego dnia usłyszeć na przedwyborczym mityngu:
„zrób to sam!”, to wiem, że tego jednego zdania prędko się nie doczekam.

JÓZEF KRZYK

ROZTOMAJTY
Piątek 15 lipca 2005 GAZETA WYBORCZA KATOWICE




Temat: Oskarżam cię!
Oskarżam cię!
KRZYK co tydzień

Autonomia, durniu!

Zaczęło się już przedwyborcze licytowanie i politycy jeden przez drugiego
opowiadają, co po wygranej zrobią dla naszego regionu.

Zamiast tych wszystkich obietnic wolałbym kiedyś usłyszeć: „Zrób to sam, ja ci
nie będę przeszkadzać!”.

Przyszło mi to do głowy w związku z 85. rocznicą przyjęcia przez Sejm ustawy
konstytucyjnej ustanawiającej autonomię ziemi śląskiej.

Wśród fetowanych prawie na okrągło wszystkich rocznic i jubileuszy –
rozpoczęcia wojny i jej zakończenia, wybuchu jakiegoś powstania i jego
sromotnej klęski – ta rocznica przeszła prawie niezauważona.

Nie słyszałem, żeby chwalili się posłowie w Sejmie albo przynajmniej radni
w naszym sejmiku. Skromne uroczystości zapowiedział – zdaje się tylko – Ruch
Autonomii Śląska.
No ale Ruch, podobnie jak sama autonomia, dla wielu osób jest czymś
podejrzanym.
Ba! Niebezpiecznym nawet. Taka autonomia to przecież nic innego, jak chęć
oderwania części ojczyzny, młyn na wodę rewizjonistów i w ogóle nic dobrego.
Więc kto Polak na bagnety, ale autonomii mówimy nasze twarde „nie”.

A we mnie, im z większym zacietrzewieniem mówią o tym przeciwnicy, tym większy
budzi się duch przekory.

- A dlaczego nie? – pytam przeciwników autonomii. – Czy przedwojenne
autonomiczne województwo śląskie odłączyło się od Polski? Czy mało się
przykładało do budowania wspólnego państwa? A dzisiaj – przecież z dobrym
skutkiem mamy już autonomiczne gminy, powiaty i województwo. Bo tak podejrzane
słowo „autonomia” nie oznacza wcale – jak się niektórym zdaje –
separatystyczny, ale tyle, co samorządny.

A ja zwyczajnie wolę wójta, burmistrza czy radnego, który jest samorządny.
Takiego, który nie narzeka, że mu znowu czegoś tam Warszawa nie dała albo
zakazała, ale sam bierze się do roboty.

Jasne, że ta Warszawa – wszystkie centralne urzędy z ich ministrami –
niechętnie daje i woli sama o wszystkim decydować. Dla kiepskich wójtów,
burmistrzów i marszałków ten centralizm jest dobrą wymówką, gdy się ich spytać,
dlaczego niewiele zrobili.
A dla polityków, którym się marzy kariera posła i ministra, centralizm jest
sensem życia.

Ile się naopowiadają nam w kampanii wyborczej, jakie to skarby ściągną nam
z Warszawy!

Niektórzy pewnie sami w te swoje obietnice wierzą. Ale dla większości z nich
centralizm jest szansą na karierę. To dzięki niemu rzesze samorządowców,
przedsiębiorców i innych ludzi będą u nich klamkować i prosić o koncesję,
zezwolenie, albo podpisik na papierku, bez którego nic nie da się zrobić.
Gdyby posłowie oddali kiedyś choć część „warszawskiej” władzy w ręce
prowincjuszy, pozbawiliby się niezłych profitów.

Więc, choć chciałbym pewnego dnia usłyszeć na przedwyborczym mityngu:
„zrób to sam!”, to wiem, że tego jednego zdania prędko się nie doczekam.

JÓZEF KRZYK

ROZTOMAJTY
Piątek 15 lipca 2005 GAZETA WYBORCZA KATOWICE




Temat: artikel o Rudach
Wewnątrz byli już czerwonoarmiści.

Przez kilka dni słychać było strzały. Rosjanie na skraju wsi przy wylocie na
Racibórz utworzyli stanowiska artyleryjskie. Obawiali się kontrataku
niemieckiego od strony Raciborza. Droga Rudy-Racibórz była zresztą regularnie
ostrzeliwania przez niemieckie działa, a lasy na wysokości Jankowic, Nędzy,
Szymocic penetrowały jednostki Wehrmachtu. Czerwonoarmiści zajęli rudzką
plebanię (utworzyli tu komendanturę) i pałac.

28 stycznia, jak wynika z kroniki parafialnej, około godz. 15.00 ks. Jatzek
rozmawiał z rosyjskim majorem. Oficer kazał mu zamknąć kościół. Proboszcz
wskazał na zepsute zamki. 29 stycznia rano w świątyni zauważono pożar. Ks.
Jatzek dowiedział się o tym, będąc w pałacu, kiedy kolejny raz rozmawiał z
rosyjskim majorem. Ten nie chciał wierzyć w pożar. Wysłał żołnierza, który
potwierdził wiadomość. Wówczas major oświadczył, że płomienie są tak duże, że
nie da się ich ugasić.

Kiedy pożar sam ustał, okazało się, że spaliło się całe wnętrze z wyjątkiem
kaplicy mariackiej z cudownym obrazem oraz zakrystii. Mieszkańcy Rud nie mają
wątpliwości. Ogień wybuchł nagle i był tak gwałtowny, że musiał być podłożony
celowo. Rosjanie wcześniej przeszukali wnętrze. Najprawdopodobniej wykradli
najcenniejsze dzieła sztuki. Sprofanowali krypty cysterskie pod prezbiterium i
kaplicą maryjną. Zwłoki mnichów rozrzucono, a trumny pogruchotano. Wybito
również otwór w żeliwnym monumentalnym nagrobku landgrafa Wiktora i jego żony
Elizy, który stał w kruchcie zachodniej.

Albumy wokół pałacu

Pojawiła się opinia, że rozsierdzeni Rosjanie spalili kościół po tym, jak w
krypcie książęcej, gdzie w pochówkach książęcych również szukali skarbów,
znaleźli wojskową trumnę Wiktora IV nakrytą flagą ze swastyką. Zachowały się
jednak relacje świadków, z których wynika, iż flaga została ściągnięta przez
księżną Elżbietę. Natychmiast zrodziły się przypuszczenia, że być może powodem
złości czerwonoarmistów było odkrycie w trumnie zwłok Wiktora w czarnym mundurze
pancerniaków, który mogli potraktować jako należący do członka SS.

Przyczyny pożaru były najprawdopodobniej prozaiczne. Rudy leżały na terenie III
Rzeszy, gdzie żołnierze radzieccy mogli do woli grabić i niszczyć. Podpalenie
kościoła mogło było efektem nie tylko chęci zatarcia rabunków, ale poczynienia
zniszczeń z zemsty. Może też doszło do zaprószenia ognia przez pijaną
soldateskę. Z relacji mieszkańców wsi wynika, że Rosjanie upijali się na umór w
gorzelni książęcej na Białym Dworze. Watahy opitych krasnoarmiejców były potem
łatwym celem ataku niemieckich myśliwców.

Z kościoła płomienie przedostały się na dawną cysterską klauzurę i pałac opacki
(mówiono, że został celowo podpalony). Pożar zabytkowego kompleksu trwał około 2
tygodni. W tym czasie Rosjanie nie dopuszczali do pałacu nikogo z mieszkańców.
Zresztą mało kto też zapuszczał się w te okolice z obawy przed aresztowaniem.
Zgliszcza i rumowisko stały się potem łatwym łupem dla szabrowników. Wysyłano tu
głównie dzieci i młodzież. Spod zwałów stropów wyciągano naczynia, świeczniki,
meble, dywany. Wokół pałacu leżały nawet albumy ze zdjęciami rodziny książęcej.
Wszystko zmoczone przez zalegający na dworze śnieg.

Władze polskie miały duży kłopot z dokładnym oszacowaniem strat. W piśmie
Referatu Kultury i Sztuki Starostwa Powiatowego w Raciborzu z czerwca 1946 r.
zniszczenia w zamku oszacowano na 60 proc., a w kościele na 30 proc. W lipcu
tegoż roku, ten sam referat Starostwa oszacował straty w kościele na 60 proc., a
w pałacu na 80 proc. W innym późniejszym sprawozdaniu obejmującym rejestr strat
w całym powiecie szkody w świątyni rudzkiej obliczono na 65 proc. (250 tys.
ówczesnych polskich złotych), a w pałacu już na 90 proc. (650 tys. zł).

Widać więc, iż straty, i to na długo po odejściu Rosjan, rosły wraz z kolejnymi
sprawozdaniami dla starosty raciborskiego. Jak wynika z dokumentów, żadnych prac
zabezpieczających wówczas nie przeprowadzono. Wnętrza wypalonego pałacu dalej
okradano.

Tekst stanowi fragment książki Grzegorza Wawocznego pt. "Sekrety cystersów.
Opactwo w Rudach", która ukazała się w październiku.



Strona 2 z 4 • Wyszukiwarka znalazła 121 wyników • 1, 2, 3, 4
Powered by Wordpress. Fresh News Theme by WooThemes - Premium Wordpress Themes.